Pod koniec lat 70 John Mercer z Uniwersytetu Ohio ostrzegał, że pokrywa lodowa Zachodniej Antarktydy może być bardzo wrażliwa nawet na najmniejsze zmiany wywołane przez człowieka, jednak jego apele były ignorowane. Minęło ponad 20 lat i niestety jego czarne wizje zaczynają się sprawdzać. Dwa działające niezależnie od siebie zespoły badaczy ostrzegają - poziom wody w oceanach podniesie się o 4 metry.

Badacze z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Irvine oraz NASA Jet Propulsion Laboratory dostrzegli, że duże części pokrywy lodowej Antarktydy Zachodniej zaczęły się zapadać co świadczy wyraźnie o tym, że lodowiec ten uległ destabilizacji.

Nie odpowiada za to jednak rosnąca temperatura powietrza lecz coraz cieplejsze wody w oceanach, które obmywają lodowiec. Dlatego też proces topnienia nie będzie może zbyt spektakularny i gwałtowny (woda się będzie podnosić po kilka milimetrów rocznie), lecz niemal z całkowitą pewnością można stwierdzić, że nie da się go już zatrzymać.

Cieplejsza woda z głębi oceanów, która naturalnie występuje dookoła Antarktydy jest wciągana w górę przez dużo silniejsze wiatry jakie ostatnio owiewają ten kontynent.

Badacze sugerują, że gazy cieplarniane uwalniane do atmosfery przez człowieka nie są jedyną przyczyną problemu, w grę wchodzą także czynniki naturalne oraz kwestia, z którą już sobie zasadniczo poradziliśmy, lecz której skutki nadal są odczuwalne - dziura ozonowa.

Najważniejsze jednak jest to, że niezależnie od przyczyn zjawiska tego nie da się już zatrzymać, nawet gdybyśmy schłodzili wodę dookoła lodowca. Został on bowiem wytrącony ze swego stabilnego stanu i rozpoczęła się swego rodzaju reakcja łańcuchowa.

Stopnienie tego lodowca grozi nam globalnym podniesieniem poziomu wód w oceanach o około 4 metry, a to nie jedyne zmartwienie - destabilizacji mogą ulec inne regiony Antarktyki, a także lodowiec grenlandzki co w efekcie może doprowadzić do tego, że niżej położone rejony świata za kilkadziesiąt-kilkaset lat znajdą się pod wodą.

Źródła: NASA, Geophysical Research Letters