W ostatnich kilkunastu latach astronomowie odkryli, że w centrum większości galaktyk znajduje się czarna dziura - także w naszej Drodze Mlecznej (jest to Sagittarius A*). Teraz jednak naukowcom udało się odkryć galaktykę o bardzo wdzięcznej nazwie SDSS J150243.091111557.3, w której wnętrzu znajduje się nie jedna, nie dwie, lecz trzy supermasywne czarne dziury krążące wokół siebie w morderczym tańcu.

Początkowo odkrycie zadziwiło badaczy, lecz po głębszym przemyśleniu okazuje się, że takie zjawisko wcale nie musi być rzadko spotykane. Galaktyki często ze sobą kolidują i łączą się, a jeśli każda z nich posiada po czarnej dziurze - nowa, większa galaktyka będzie miała dwie (coś takiego powinno wystąpić za około 4 miliardy lat tuż pod naszym nosem gdy Droga Mleczna zderzy się z Andromedą).

Na razie udało się jednak znaleźć bardzo niewiele podwójnych (nie mówiąc już o potrójnych) czarnych dziur, co wyjaśnić można na dwa sposoby - łączą się one ze sobą bardzo szybko lub też są w tak ciasnym, grawitacyjnym uścisku, że praktycznie nie sposób odróżnić je jako odrębne obiekty.

Odkryta w ramach przeglądu nieba Sloan Digital Sky Survey galaktyka SDSS J150243.091111557.3 na pierwszy rzut oka wyglądała tak jakby miała dwa jasne źródła promieniowania w swoim centrum przez co międzynarodowy zespół astronomów wziął ją na celownik systemu radioteleskopów Very Long Baseline Array (VLBA), który składa się z 10 anten rozmieszczonych praktycznie po całej Ameryce Północnej.

Z jego pomocą początkowo udało się ustalić, że w SDSS J150243.091111557.3 obecne są dwie czarne dziury w odległości kilku tysięcy lat świetlnych od siebie, lecz dokładniejsza obserwacja przyniosła lepszy efekt - okazało się, że jedna z tych czarnych dziur jest tak naprawdę dwiema, które orbitują w bardzo niewielkiej odległości od siebie (460 lat świetlnych). Ich pełny okres orbitalny wynosi około 150 tysięcy lat, a naukowcy nie mają pojęcia kiedy i czy w ogóle czarne dziury kiedyś się ze sobą połączą.

Obiekty takie mogą z czasem bardzo przydać się w dowiedzeniu istnienia fal grawitacyjnych. Emisja ich z takiego właśnie układu powinna być niezwykle mocna, dzięki czemu być może uda się je bezpośrednio wykryć z pomocą odpowiedniego sprzętu potwierdzając wreszcie bezpośrednio teorię Einsteina.

Źródło: Nature