Gdy wydawało się, że rząd jako tako opanował sytuację związaną z wycofania się z umowy na zamówienie śmigłowców wielozadaniowych od francuskiego Airbusa, szefostwo tej firmy w postaci prezesa Guillaume'a Faury'ego napisało list otwarty, w którym wyjaśnia sprawę ze swojej strony. Tym samym saga związana z Caracalem trwa nadal.

Francuzi w liście informują, że został on napisany w związku z rozczarowaniem zachowaniem polskiej strony w trakcie negocjacji, i że zarówno Polacy jak i Siły Zbrojne RP zasługują na pełną wiedzę dotyczącą tego jak wyglądało postępowanie przetargowe.

Przede wszystkim podkreślają oni, że oferta Airbus Helicopters została wybrana ze względu nie tylko na spełnienie rygorystycznych wymagań MON co do parametrów technicznych, ale także ze względu na spełnienie największej ilości warunków offsetowych - od dawna nie jest tajemnicą, że Aibus był w stanie spełnić aż 73 (spośród 105), podczas gdy amerykański Sikorsky/PZL Mielec (należący do Lockheed Martin) - 50, a włosko-brytyjski AgustaWeyland/PZL Świdnik (należący do Leonardo Helicopters) - 41.

Francuzi, jak się okazuje, w ramach swojej oferty offsetowej mieli zagwarantować stworzenie w Polsce aż 6 tysięcy miejsc pracy, z czego 1250 w Łodzi, Radomiu i Dęblinie. Co więcej Francuzi byli gotowi przetransferować technologię do naszego kraju i właśnie nad Wisłą stworzyć fabrykę, gdzie znajdowałaby się druga (na świecie, po Francji) linia produkcyjna Caracali, która w 90% miała należeć do naszego państwa (w przypadku PZL Świdnik i PZL Mielec proporcje są odwrotne - pierwsze zakłady w 87%, a drugie w 100% należą do obcego kapitału).

Można zatem założyć, że propozycja francuska w dłuższej perspektywie byłaby dużo bardziej korzystna, bo dzięki niej mielibyśmy nie tylko własny, należący do Polski punkt serwisowy Caracali (który realizować miał także zamówienia zewnętrzne), ale także własną fabrykę śmigłowców (nie należącą w większości lub w całości do kapitału zagranicznego).

Francuzi faktycznie mówili, że pierwsza transza maszyn miała zostać zmontowana we Francji, ale wynikało to wyłącznie z bardzo krótkiego czasu jej dostarczenia - na drugi kwartał 2017 roku. Maszyny budować mieli już jednak polscy pracownicy fabryki WZL-1 w Łodzi, którzy w ten sposób mieli zdobyć odpowiednie know-how, by wiedzieć jak wykonywać tę pracę po powrocie do kraju.

Co więcej, Airbus zgodził się także na kompensację w ramach umowy offsetowej podatku VAT (co nie jest standardem przy tego typu umowach), a przy stawce 23% dawałoby to niebagatelną kwotę prawie 3 miliardów złotych.

A nie należy też zapominać o kwestiach technicznych - H225M jako jedyne spełniały wymogi stawiane przez MON, nie tylko jeśli chodzi o parametry, lecz także o czas wykonania - AgustaWeyland zaoferowało bowiem nowego, nieprzetestowanego jeszcze AW149, który do tego jest zmodyfikowaną konstrukcją cywilną, natomiast Sikorsky/Lockheed Martin zaoferował słabszą, eksportową wersję Black Hawka o oznaczeniu S-70i (a nie UH-60, nie mówiąc już o używanym przez siły specjalne MH-60 Velcro Hawk), w dodatku w wariancie bez uzbrojenia (więcej szczegółów znajdziecie w portalach branżowych, choćby tutaj).

Ministerstwo Rozwoju zrywając negocjacje offsetowe (bo to ono prowadziło kontrakt pod tym kątem) parę dni temu powoływało się na ogólny "zabezpieczenie interesu ekonomicznego i bezpieczeństwa państwa polskiego", co jest jednak tak niedookreślonym sformułowaniem, że chyba jasnym jest, iż chodziło po prostu w całej sprawie o kwestie polityczne - umowa na Caracale została bowiem podpisana przez poprzedni rząd, a do tego drugą stroną umowy była niezbyt lubiana przez obecne władze Francja.

Polskie wojsko (i inne służby, w tym chyba najbardziej potrzebujący tych maszyn SAR) pozostaną bez śmigłowców, a do tego nie wiadomo czy cała sprawa nie znajdzie finału w sądzie.

Źródła: Airbus [PDF], Zdj.: Airbus Helicopters