Styl życia
Nadchodzą podwyżki prądu. Dla przedsiębiorców nawet 40%. Powód, ekologia!

Od dłuższego czasu mówi się o tym, że w nowym roku należy spodziewać się sporych podwyżek prądu, więc powoli wszyscy się na to nastawiamy - pytanie tylko, jak będą duże i czy mocno odbiją się na naszych domowych budżetach.

Chociaż tak naprawdę ceny prądu w naszym kraju nie są wcale wysokie, przynajmniej na tle reszty Europy, bo mniej od nas płaci się jedynie w Bułgarii i na Węgrzech, to każda informacja o kolejnych podwyżkach mrozi krew w żyłach. I w sumie to trudno się temu dziwić, bo wraz z podwyżkami prądu następuje też wzrost wielu innych cen, a to już potrafi solidnie odbić się na domowym budżecie. Tym razem możemy być już pewni, że ceny w 2020 roku nieprzyjemnie nas zaskoczą, pozostaje tylko czekać na oficjalne stawki.

Bo choć rządzący mogą obiecywać gruszki na wierzbie, to rzeczywistość jest zupełnie inna - w tym roku stawki za energię były zamrożone na poziomie z czerwca 2018 roku, a różnicę w przypadku gospodarstw domowych, szpitali, jednostek finansów publicznych, mikro- i małych firm poniosło państwo, ale w nowym roku nie będzie już ono ingerować w rynek. Mówiąc krótko, wszystko zależeć będzie od nowych stawek, które Urząd Regulacji Energetyki ogłosi w ciągu kilku najbliższych dni, najpewniej w okolicach 17 grudnia, czyli „dobre” wieści nadejdą w sam raz na święta. 

Czy dostawcy energii mogą liczyć na takie podwyżki, o jakie wnioskowali? Trudno powiedzieć, ale minister rozwoju, Jadwiga Emilewicz w wywiadzie udzielonym Business Insider Polska szacuje, że prądu w przypadku gospodarstw domowych wzrosną o około 10%. Dużo gorzej przyszły rok zapowiada się dla przedsiębiorców, bo w ich przypadku mówimy o wzrostach od kilkunastu do nawet 40%! - Przeciętny konsument indywidualny przyjmie znaczącą podwyżkę z niezadowoleniem, ale nie zachwieje ona jego budżetem, natomiast przedsiębiorstwa takie jak stalownie czy papiernie najzwyczajniej analogicznej podwyżki nie wytrzymają - dodaje minister.

Czy faktycznie będziemy mieć do czynienia z tak czarnym scenariuszem? Rynkowi analitycy nie przewidują fali bankructwa, ale firmy, które zużywają bardzo dużo energii, faktycznie będą w trudnej sytuacji. Jako przykład podaje się tu hutnictwo, branżę chemiczną czy oponiarską, gdzie nastąpi kumulacja kosztów certyfikatów CO2, za energię i jednocześnie własną produkcję. - W skrajnych przypadkach, czyli tam, gdzie udział kosztów energii sięga przynajmniej 30 proc. kosztów sprzedaży, aż 95 proc. firm poniosłoby straty - szacuje Tomasz Starus, członek zarządu ds. oceny ryzyka w Euler Hermes. Co jednak ciekawe, zdaniem ekspertów całe to zamieszanie może mieć jeden duży plus, a mianowicie prawdopodobnie wzrośnie zainteresowanie energią odnawialną, a szczególnie fotowoltaiką: - Duża firma może cały dach wielkiej hali zapełnić panelami, małej wystarczy kilka-kilkanaście sztuk - dodaje Starus.

Źródło: GeekWeek.pl/Business Insider