Historia
Wojny (nie)kobieca twarz. Kartki z nieistniejącego świata

Walka o prawdę, pokój, ojczyznę nigdy nie wykluczała udziału kobiet. Historia zna przypadki, gdy właśnie panie decydowały o losach krajów. W czasie II wojny światowej byliśmy świadkami prawdziwego kobiecego fenomenu. Szeregi armii brytyjskiej, amerykańskiej, niemieckiej i radzieckiej zasilało ponad 2 miliony kobiet.

Wówczas opanowały one wszystkie specjalności, w tym najbardziej „męskie”. Stąd zrodził się problem z nazewnictwem, a właściwie z formą gramatyczną. Określenia „czołgista”, „żołnierz piechoty” czy „strzelec” nie miały bowiem form rodzaju żeńskiego, ponieważ dotąd te funkcje nie były ich domeną. Kobiece odpowiedniki powstawały tam, na wojnie.

A przecież za tymi liczbami stoją realne ludzkie losy, miłość, kobiecość, rozpacz, gorycz, wstyd, wspomnienia… II wojna światowa we wszystkich aspektach była i jeszcze długo będzie opisywana, ciągle wyłania się coraz więcej szczegółów o tych drastycznych wydarzeniach. W obliczu obchodów święta – nazywanego Dniem Zwycięstwa / Zwycięstwa nad Faszyzmem / Narodowego Święta Zwycięstwa i Wolności – chciałabym ponownie zwrócić uwagę na uczucia, emocje i koleje losów osób, które biorąc na siebie ciężar odpowiedzialności, narażając własne życie, uchroniły nas od podobnych przeżyć. Nam, ludziom czasów pokoju, ciężko nawet sobie wyobrazić z czym przyszło się zmierzyć ówczesnemu pokoleniu, dlatego dziś chcę zaproponować strzępki bolesnej rzeczywistości, jak kartki z nieistniejącego pamiętnika ocalałych uczestniczek II wojny światowej. Właśnie kobieca perspektywa okrucieństwa wojennej rzeczywistości natchnęła wybitną białoruską pisarkę Swietłanę Aleksijewicz do napisania książki „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” (У войны не женское лицо). Komentarz jest zbędny, niech te fragmenty mówią same za siebie.

1. „Śmierć… Nie bałam się umrzeć… Może to kwestia młodości bądź czegoś innego… Śmierć jest wszędzie, zawsze jest obok, lecz nie myślałam o niej. Nie rozmawialiśmy o tym. Krążyła, krążyła gdzieś w pobliżu, ale ciągle omijała. Pewnej nocy rekonesans terenu naszego pułku poprowadziła cała kompania. O świcie cofnęła się, a z neutralnej strefy dobiegł nas jęk. Pozostał ranny. „Nie chodź tam, oberwiesz – powstrzymywali mnie żołnierze – patrz, już świta”.

Nie posłuchałam, czołgałam się. Znalazłam rannego, przywiązując pasem do ręki, ciągnęłam go przez osiem godzin. Dowlokłam żywego. Doszło do dowódcy, niezwłocznie zarządził pięć dni aresztu za samowolne oddalenie się. Tymczasem zastępca dowódcy pułku zareagował inaczej: „Zasługuje na nagrodę”.

W wieku dziewiętnastu lat miałam Medal „Za odwagę”. W wieku dziewiętnastu lat posiwiałam. W wieku dziewiętnastu lat w ostatniej bitwie przestrzelono mi oba płuca, druga kula przeszła pomiędzy kręgami. Sparaliżowało nogi... Uznano mnie za zmarłą... W wieku dziewiętnastu lat... Moja wnuczka tyle ma. Patrzę na nią – nie wierzę. Dziecię! Gdy wróciłam z frontu do domu, siostra pokazała mi zawiadomienie o śmierci... Pochowano mnie...”

Nadieżda Anisimowa, instruktor sanitarny kompanii karabinów maszynowych

2. „Trzydziestego maja czterdziestego trzeciego roku... Dokładnie o pierwszej doszło do zmasowanego nalotu na Krasnodar. Wybiegłam z budynku, by zobaczyć, czy udało się wysłać rannych z dworca kolejowego. Dwie bomby trafiły w stodołę, w której składowano amunicję. Fala odrzuciła mnie do ceglanego muru. Straciłam przytomność... Gdy ocknęłam się był już wieczór. Uniosłam głowę, próbowałam ścisnąć palce – chyba się ruszają, ledwo ledwo przetarłam lewe oko i poszłam do oddziału, cała zakrwawiona. W korytarzu trafiam na naszą najstarszą pielęgniarkę, nie rozpoznała mnie i zapytała: „Kim jesteś? Skąd?” Podeszła bliżej, jęknęła i powiedziała: „Ksenia, gdzie cię tak długo nosiło? Ranni są głodni, a ciebie nie ma”. Szybko obandażowano głowę, lewą rękę powyżej łokcia i poszłam wydawać kolację. W oczach ciemniało, pot lal się strumieniami. Zaczęłam roznosić kolację, upadłam. Doprowadzili mnie do przytomności i tylko słyszę: „Dalej! Prędzej!” I znowu: „Szybciej! Prędzej!” Kilka dni później pobrano ode mnie krew dla ciężko rannych. Ludzie umierali...”

Ksenia Osadczewa, szeregowa

3. „Pamiętam, dali mi przepustkę. Zanim poszłam do cioci, wstąpiłam do sklepu. Przed wojną strasznie lubiłam cukierki. Mówię więc:

- Poproszę cukierki.
Sprzedawczyni patrzy na mnie, jak na wariatkę. Nie rozumiałam czym są „kartki”, co to „blokada”? Ludzie w kolejce obrócili się w moją stronę, a ja z karabinem większym ode mnie. Gdy nam je wydawano, patrzyłam i zastanawiałam się: „Kiedy dorosnę do tego karabinu?” I nagle wszyscy zaczęli prosić, cała kolejka:
- Niech Pani da jej cukierków. Proszę wyciąć od nas kartki.
I dostałam.

* * *

Pierwszy raz w życiu zdarzyły mi się… Nasze… Kobiece… Zobaczyłam u siebie krew i wrzasnęłam:

- Jestem ranna…
Na rekonesans z nami poszedł felczer, już starszy mężczyzna. Mówi do mnie:
- Gdzie cię trafiło?
- Nie wiem gdzie… Ale krew…
On mi, jak ojciec, wszystko opowiedział...
Po wojnie chodziłam na zwiady przez piętnaście lat. Co noc. I takie sny, że zaciął się karabin maszynowy lub, że zostaliśmy otoczeni. Budzisz się – zgrzytanie zębów. Przypominasz – gdzie jesteś? Tam czy tu?

* * *

Zwyczajna polana... Mokro, błoto po deszczu. Klęczy młody żołnierz. W okularach. Ciągle mu spadają, a on je podnosi. Po deszczu... Inteligentny leningradzki chłopiec. Karabin już mu odebrano. Wszyscy w szeregu. Kałuże wszędzie... Słyszymy jak on prosi... Przysięga... Błaga, by go nie rozstrzeliwano, w domu pozostała tylko mama. Zaczyna płakać. I tu nagle – prosto w czoło. Z pistoletu. Egzekucja pokazowa – każdy tak skończy, jeśli zawaha się. Nawet przez moment! Jeden...

Ten rozkaz sprawił, że natychmiast dorosłam. O tym nie można było… Długo nie wspominaliśmy… Tak, zwyciężyliśmy, ale jakim kosztem! Jakim potwornym kosztem?!

Albina Gantimurowa, starszy sierżant, zwiadowca

4. „Nasza mama nie miał synów... Dorastało pięć córek. Ogłoszono: „Wojna!” Miałam doskonały słuch, marzyłam by zdawać do konserwatorium. Postanowiłam, że mój słuch będzie przydatny na froncie, więc zostałam telegrafistką.

Ewakuowano nas do Stalingradu, a gdy doszło do jego oblężenia, dobrowolnie zaciągnęłyśmy się do wojska. Wszystkie. Cała rodzina – matka i pięć córek, a ojciec już wówczas walczył...”

Antonina Kniaziewa, sierżant, telegrafistka

5. „Wyjeżdżałam na front jako materialistka, ateistka, bobra radziecka uczennica, którą dobrze wyćwiczono. A tam... Tam zaczęłam się modlić... Zawsze modliłam się przed bojem, wygłaszałam własne modlitwy. Proste słowa... Moje słowa... Miały jedyny sens, bym wróciła do mamy i taty. Prawdziwych modlitw nie znałam i nie czytałam Biblii. Nikt nie widział jak się modliłam. Potajemnie. Modliłam się ukradkiem, ostrożnie. Dlatego, że... Wówczas byliśmy inni, wtedy żyli inni ludzie. Rozumiesz? Myśleliśmy inaczej, zrozumieli… Inne czasy… Inni ludzie… Jak mam to wytłumaczyć? Jak... [ ... ]

Na szczęście, ja... Nie widziałam tych ludzi, których zabijałam... Ale… Mimo wszystko… Dziś zdaję sobie sprawę, że zabijałam. Myślę o tym dlatego, że zestarzałam się. Modlę się o swoją duszę. Nakazałam córce, by po śmierci wszystkie moje medale oddała nie do muzeum, lecz do cerkwi. Przekazała duchownemu… Oni przychodzą do mnie we śnie... Martwi... Wszyscy martwi... Mimo, że nawet ich nie widziałam, oni przychodzą i patrzą na mnie. Szukam wzrokiem, może ktoś jest ranny, niech nawet ciężko ranny, lecz można go uratować. Nie wiem jak to powiedzieć... Ale oni wszyscy są martwi...”

Wiera Sapgir, sierżant, artyleria przeciwlotnicza

6. „Mundurów na nas ciągle nie starczało – zawsze we krwi. Mój pierwszy ranny – porucznik Biełow, a ostatni – Siergej Trofimow, sierżant dywizjonu moździerzy. W siedemdziesiątym roku przyjechał do mnie w odwiedziny, wówczas pokazywałam córkom jego zranioną głowę, na której do dziś widnieje duża blizna. Łącznie z linii ognia wyniosłam czterystu osiemdziesięciu jednego rannego. Dźwigałyśmy na sobie mężczyzn dwu-, trzykrotnie cięższych od nas. A ranni są chyba jeszcze ciężsi. Ciągniesz go i jego broń, a przecież ma na sobie również szynel i buty. Wyciągnąć rannego należało razem z jego osobistą bronią. Pierwsze pytanie w medsanbacie [w wojskowej gwarze batalion medyczno-sanitarny – przyp. L. E.] – gdzie jest broń? Na początku wojny jej brakowało. Karabin, karabin maszynowy czy automatyczny to również trzeba było na sobie dźwigać. Wrzucisz na barki osiemdziesiąt kilo i ciągniesz. Zrzucisz... Idziesz po następnego i znów 70-80 kg... I tak pięć lub sześć razy w ciągu jednego ataku, a ty sama ważysz 48 – waga baletnicy. Dziś ciężko w to uwierzyć...”

Maria Smirnowa (Kucharska), instruktor sanitarny

7. „Pierwszy raz jest przerażający, bardzo przerażający... Położyliśmy się i obserwuję. Widzę, że jeden Niemiec wychylił się z okopu. Nacisnęłam, upadł. I właśnie cała zadrżałam, słyszałam stukot własnych kości. Rozpłakałam się. Gdy strzelałam do celu nic się nie działo, a teraz – „Zabiłam! Ja! Zabiłam jakąś nieznaną mi osobę. Nic o niej nie wiedziałam, a jednak zabiłam”.

Później przeszło.
…Wróciłam z wojny... siwiuteńka. Dwadzieścia jeden lat, a ja całkiem biała. Miałam poważne zranienie, kontuzję, nie słyszałam w jedno ucho. Mama powitała mnie słowami: „Wierzyłam. Modliłam się o Ciebie dzień i noc”. Brat zginął na froncie. Płakała: „Teraz bez różnicy rodzić dziewczynki czy chłopców. Mimo to on jest mężczyzną, powinien bronić ojczyzny, a tyś dziewczątko. Boga tylko o to prosiłam, że jak mają Cię oszpecić, to niech lepiej zabiją”.

Kławdija Krochina, sierżant, snajper

8. „Pewnie spodziewasz się czegoś innego, śmierć itp. A ja powiem coś innego… Najgorsze, co spotkało mnie w czasie wojny to noszenie męskich gaci. To było straszne. I to mnie jakoś, że się nie wyrażę… Po pierwsze bardzo brzydko... Jesteś na wojnie, masz umrzeć za Ojczyznę, a na tobie męskie gacie. Ogólnie rzecz biorąc, wyglądasz śmiesznie. Cudacznie. Wówczas mężczyźni nosili długie majtki. Szerokie. Uszyte z satyny. W naszej ziemiance dziesięć dziewcząt i wszystkie w męskich majtkach. O, mój Boże! W zimę i latem. Cztery lata... Przekroczyliśmy granicę sowiecką... Dobijaliśmy bestię we własnym legowisku, jak mawiał nasz komisarz na zajęciach politycznych. W pobliżu pierwszej polskiej wioski nas przebrano, wydano nowe mundury i... I! I! I! Po raz pierwszy przywieźli kobiece majtki i biustonosze. Przez całą wojnę – pierwszy raz. Ha... No, wiadomo... Zobaczyłyśmy normalną, kobiecą bieliznę... Dlaczego się nie śmiejesz? Płaczesz... Ale dlaczego?”

Lola Achmetowa, szeregowy, strzelec

9. „Zamaskowani. Siedzimy. Oczekujemy nocy by jednak podjąć próbę przebicia się. Dowódca batalionu był ranny, więc porucznik Misza T. przejął jego obowiązki. Miał może ze 20 lat, zaczął wspominać jak bardzo lubił tańczyć, grać na gitarze. Później zapytał:

- Czy przynajmniej próbowałaś?
- Czego? Czego próbowałam? – A strasznie chciało się jeść.
- Nie czego, a kogo... Babę!
A przed wojną były ciastka o takiej nazwie.
- Nie-e-e…
- Ja też jeszcze nie próbowałem. Widzisz, umrzesz i się nie dowiesz co to miłość... Zabiją nas w nocy...
- A idź ty, durniu! W końcu do mnie dotarło, co miał na myśli.
Umieraliśmy w imię życia, nawet nie wiedząc czym jest życie. O wszystkim wiedzieliśmy jedynie z książek. Bardzo lubiłam filmy o miłości…”

Nina Wiśniewska, sierżant, instruktor medyczny batalionu czołgistów

10. „Zorganizowano Oddzielny oddział maskowania dymem, którym dowodził były dowódca batalionu łodzi torpedowych kapitan-podporucznik Aleksander Bogdanow. Dziewczęta głównie ze średnim, technicznym wykształceniem bądź po pierwszych latach uczelni wyższych. Nasze zadanie – uchronić statki, przykryć je dymem. Zaczyna się ostrzał, marynarze czekają: „Niechby dziewczyny szybciej dym rozprowadziły. Z nim spokojniej”. Wyjeżdżałyśmy samochodami ze specjalną mieszanką, a wszyscy w tym czasie ukrywali w schronie przeciwlotniczym. My przecież, jak się mówi, ściągałyśmy ogień na siebie. Przecież Niemcy strzelali właśnie po tej zasłonie dymnej...”

Olga Podwyszenska, sierżant, jednostka marynarki wojennej na Bałtyku

11. „Moją specjalizacja... Moja specjalizacja – strzyżenie męskie... Przychodzi dziewczyna, a ja nie wiem jak ją ostrzyc. Ma piękne włosy, kręcone. Do ziemianki wchodzi dowódca:

- Strzyc „na mężczyznę”.
- Ale ona jest kobietą.
- Nie, ona jest żołnierzem. Kobietą znów będzie po wojnie.
Mimo to… Mimo to, jak tylko włosy lekko odrosły, w nocy podkręcałam je dziewczynom. Zamiast papilotów miałyśmy szyszki… Suche, jodłowe szyszki… Tak, by chociaż czubek podkręcić...”

Wasilisa Jużnina, szeregowy, fryzjerka

12. „Nasza pielęgniarka trafiła do niewoli… Następnego dnia, gdy odzyskaliśmy tę wioskę, wszędzie leżały martwe konie, motocykle, transportery opancerzone. Znaleźliśmy ją – oczy wydłubane, obcięte piersi... Wsadzili ją na pal… Mróz i ona... Ona biała, bielusieńka i włosy, zupełnie siwe. Miała dziewiętnaście lat. W jej plecaku znaleźliśmy listy z domu i gumowego, zielonego ptaszka. Dziecięcą zabawkę…”
13. „Na przystanku mężczyźni rozkładają ogień, trzęsą wszami, suszą się. A gdzie my mamy to robić? Biegniemy do jakiegoś ustronnego miejsca i tam się rozbieramy. Miałam sweterek z dzianiny, wszy siedziały na każdym milimetrze, w każdym oczku. Popatrzysz, na wymioty się zbiera. Wszy bywają głowowe, odzieżowe, łonowe... Miałam je wszystkie...”

Nadieżda Aleksiejewa, szeregowy, telegrafistka

13. „Idziemy ze dwieście dziewczyn, a za nami dwustu mężczyzn. Skwar. Gorące lato. Trzydzieści kilometrów marszu. Dziki upał... A po nas czerwone plamy na piasku... Czerwone ślady... Cóż, sprawy… Nasze sprawy... Jak to ukryć? Żołnierze po piętach depczą i udają, że nic nie widzą... Nie patrzą pod nogi... Spodnie na nas usychają, stają się jak szklane. Tniemy, a tam rany. Ciągle czuć zapach krwi. Przecież nic nie dostawałyśmy... Tylko czekałyśmy, aż żołnierze wywieszą koszule na krzakach. Kilka sztuk udało nam się ukraść... Później już domyślali się i śmiali: „ Sierżancie, daj nam bieliznę, dziewczęta naszą zwinęły”. Wacików i bandaży nie starczało dla rannych, nie mówiąc już o... Kobieca bielizna pojawiła się jakieś, może, dwa lata później. Chodziłyśmy w męskich majtkach i koszulkach... Idziemy w butach! Nogi ugotowane. Idziemy... Do przeprawy, tam są promy. Już obok przeprawy zaczęło się bombardowanie. Mężczyźni kto gdzie, chowają się, wołają nas, a my nic nie słyszymy. Naszym celem jest rzeka. Do wody... Woda! Wstyd był gorszy niż śmierć. Kilka dziewczyn zginęło w wodzie...”

Maria Kaliberda, sierżant, łączniczka

14. „Wreszcie dostałam przydział. Przyprowadzili mnie do mojego plutonu... Żołnierze patrzą, ktoś szyderczo, ktoś nawet ze złością, a inni wzruszą ramionami. Wszystko jasne. Gdy dowódca batalionu przedstawiał mnie, mówiąc, oto wam nowy dowódca plutonu, wszyscy od razu zawyli. Jeden nawet splunął. Rok później, gdy wręczano mi Order Czerwonej Gwiazdy, ci sami chłopcy, którzy przeżyli, na rękach nieśli do mojej ziemianki. Byli ze mnie dumni”.

Stanisława Wołkowa, poruczniku, dowódca plutonu saperów

15. „Jeden z naszych oficerów zakochał się w niemieckiej dziewczynie... Doszło do zwierzchników… Zdegradowano go i wysłano na tyły. Gdyby zgwałcił... To... Oczywiście, było i tak... O tym u nas mało piszą, ale to – prawo wojny. Mężczyźni przez wiele lat bez kobiet, i, bez wątpienia, nienawiść. Wejdziemy do miasta lub wioski – pierwsze trzy dni na rabunek i... No, naturalnie potajemnie… Rozumiesz... Po upływie trzech dni można było i przed trybunałem stanąć. A trzy dni pili i... A tu – miłość. Oficer sam przyznał się w specjalnej sekcji – miłość. Oczywiście, to zdrada… Zakochać się w Niemce – córce lub żonie wroga? Krótko mówiąc, odebrano mu zdjęcia, jej adres...

Pamiętam... Oczywiście, że pamiętam zgwałconą Niemkę. Leżała naga, granat między nogami... Dziś wstydzę się, a wtedy nie czułam wstydu. Uczucia, naturalnie, zmieniały się. Co innego targało nami w pierwszych dniach, a zupełnie inne kilka miesięcy później...
Nie nagrywaj... Wyłącz dyktafon... Prawda! Wszystko prawda!
Ustawili nasz batalion... Niemieckim dziewczynom powiedziano: „Idźcie, szukajcie, jeśli któregoś rozpoznacie – kula na miejscu. Nie będziemy patrzeć na rangę”.
Myślisz, że łatwo było przebaczyć? Widzieć całe, białe domki, z dachówką. Z różami... Sama chciałam by ich bolało… Bez wątpienia... Chciałam widzieć ich łzy... Zostać dobrą natychmiast nie jest możliwe. Poprawną i ciepłą. Taką miłą, jak wy teraz. Współczuć im. Na to poszły mi lata…”

A. Ratkina, sierżant , telefonistka

16. „Pod Stalingradem... Ciągnę dwóch rannych. Jednego podciągnę, zostawię, potem drugiego. Po kolei, dlatego, że bardzo ciężko ranni, nie można ich zostawić, obaj, jak to łatwiej wytłumaczyć, mają wysoko połamane nogi, mocno krwawią. Tu każda minuta na wagę złota. Nagle, gdy tylko wyczołgałam się dalej od pola bitwy, dym nieco opadł, spostrzegłam, że ciągnę jednego z naszych czołgistów i Niemca... Byłam zszokowana: tam nasi umierają, a ja ratuję Niemca. Panika... Tam tyle dymu, nie rozpoznałam... Widzę, człowiek umiera, krzyczy: „A! A! A!”. Obaj osmaleni, czarni, jednakowi. Nagle zauważyłam obcy medalion, obcy zegarek, wszystko obce. Ten mundur przeklęty. I co teraz? Ciągnę naszego rannego i myślę: „Wracać po Niemca czy nie”. Rozumiałam, że jeśli teraz go zostawię, on umrze od utraty krwi. Pełznę po niego. Nadal ciągnęłam obu… Przecież to Stalingrad… Najstraszniejsze bitwy. Moja diamentowa, nie można mieć jednego serca do nienawiści, a drugiego do kochania. Człowiek ma jedno”.

Tamara Umniagina, sierżant gwardii, instruktor sanitarny

17. „Pytasz mnie o miłość? Nie boję się powiedzieć prawdy... Byłam PPŻ, czyli „przechodnia polowa żona”. Żona na czas wojny. Druga. Poza prawem. Pierwszy dowódca batalionu... Nie kochałam go. Był dobrym człowiekiem, ale go nie kochałam. Poszłam do jego ziemianki po kilku miesiącach. Nie było wyjścia. Wokół sami mężczyźni, więc lepiej było żyć z jednym, niż bać się wszystkich. Podczas bitwy nie ogarniał taki strach jak po walce, zwłaszcza, gdy jest czas na odpoczynek, idziemy na reorganizację. Kiedy strzelają, ogień, wołają: „Siostrzyczko! Siostrzyczko!”, a po bitwie każda siebie pilnuje… Z ziemianki w nocy nosa nie wyściubisz… Mówiły ci o tym inne dziewczyny czy nie przyznały się? Myślę, że wstydziły się... Przemilczały. Dumne! A tam wszystko było, ale o tym ani słowa… Nie wypada... Nie… Na przykład ja w batalionie byłam jedyną kobietą, mieszkałam w ogólnej ziemiance. Razem z mężczyznami. Wydzielili dla mnie miejsce, ależ jakie ono osobne, gdy cała ziemianka ma sześć metrów. Wybudzałam się w nocy od tego, że machałam rękami, a tu jeden oberwał w policzek, czy po rękach, a to drugi dostał. Zostałam ranna, przewieziono mnie do szpitala i tam też machałam rękoma. Pielęgniarka w nocy obudzi: „Co tobie?” A komu opowiesz?

Sofija K-wicz, instruktor sanitarny

18. „Doszłam z armią do Berlina... Wróciłam do swojej wioski z dwoma Orderami Sławy i medalami. Mieszkałam przez trzy dni, a czwartego matka wyciąga mnie z łóżka i mówi: „Córeczko, spakowałam tobie tobołek. Idź... Idź... Dwie młodsze siostry dorastają. Kto je weźmie za mąż? Wszyscy wiedzą, coś przez cztery lata na froncie robiła, z mężczyznami...” Nie kraj mojej duszy, lepiej napisz, jak inni, o moich medalach...”

19. „Trzykrotnie ranna, trzykrotnie kontuzjowana. Na wojnie każdy o czymś marzył, ktoś o powrocie do domu, ktoś o dojściu do Berlina, a ja tylko o jednym, by dożyć urodzin, by skończyć osiemnaście lat. Z jakiegoś powodu bałam się umrzeć przed osiemnastką. Chodziłam w spodniach, w furażerce, zawsze obszarpana, ponieważ ciągle się czołgałam i jeszcze pod ciężarem rannego. Nie mogłam uwierzyć, że kiedyś można będzie wstać i chodzić po ziemi, a nie czołgać. To było marzenie!”

Zofia Kuncewicz, sanitariusz roty strzeleckiej

20. „Jak powitała nas Ojczyzna? Bez łkania nie potrafię… Czterdzieści lat minęło, a policzki nadal płoną. Mężczyźni milczeli, a kobiety krzyczały do nas: „Już my wiemy, czym wyście się tam zajmowały! Wabiły młodymi p… naszych facetów. Frontowe k… Suki wojenne…” Obrażały na różne sposoby… Słownik rosyjski nieprzebrany… Odprowadza mnie chłopak z tańców, nagle robi się niedobrze, serce wali. Idę, idę, usiądę w zaspie. A on: „Co się stało ?” – „Nic”. Natańczyłam się”. A to dwie moje rany się odezwały… To wojna... A przecież trzeba uczyć się bycia delikatną. Być słabą i kruchą, a nogi w buciskach się rozdeptały – czterdziesty rozmiar. Dziwnie, że ktoś mnie przytula. Przyzwyczaiłam się sama o siebie dbać. Oczekiwałam czułych słów, lecz ich nie rozumiałam. Wydawały mi się infantylne. Na froncie, wśród mężczyzn, mocna, rosyjska „łacina”. Przyzwyczaiłam się do tego. Przyjaciółka mi doradzała, pracowała w bibliotece: „Czytaj wiersze. Jesienina czytaj. "

Kławdia S-wa, snajper

21. „Dopiero później zaczęto oddawać nam honory, po trzydziestu latach… Zapraszać na spotkania... Ale na początku byłyśmy cicho, nawet medali nie nosiłyśmy. Mężczyźni nosili, a kobiety nie. Mężczyźni – zwycięzcy, bohaterowie, kawalerowie do wzięcia, oni mieli wojnę, a na nas patrzono zupełnie innymi oczami. Zupełnie innymi... Nam, powiem ci, odebrano zwycięstwo... Zwycięstwa z nami nie rozdzielono. To było bolesne… Niezrozumiałe…”

Jest to jedna z pozycji wspomnieniowych dostępnych na rynku czytelniczym, jednak wyróżnia się swoją odwagą w mówieniu o rzeczach trudnych, niekiedy niewygodnych, bez cenzury, próba odbrązowienia radzieckich weteranek z różnych republik byłego ZSRR, dla których wspólnym doświadczeniem była wojna w każdym jej wymiarze. Proszę nie doszukiwać się w tekście polityki czy propagandy. Moim jedynym celem jest rozdzielenie ich cierpienia, pamięć, szacunek i wdzięczność.

[cytaty w tłumaczeniu własnym, wg oryginału: Swietłana Aleksijewicz, U wojny nie żenskoje lico, Moskwa 2007].

Autor: Lila Ejsmondt / Fot. Swietłana Aleksijewicz