Przyroda
Odwilż kwarantanny a zbiory plonów. Czy Ukraińcy uratują polską gospodarkę?

Kilka dni temu Książę zwrócił się do obywateli UK, w pierwszej kolejności do bezrobotnych i studentów, o wsparcie rolników w pracach gospodarczych. A co z Polską, eksporterem ogromnej ilości plonów rolniczych? Czy przybysze z Ukrainy rozwiążą ten problem?

Tradycją jest, że członkowie Rodziny Królewskiej wypowiadają się w kwestiach znaczących i globalnych. Tym razem, ze względu na zamknięcie granic chociażby, sytuacja gospodarcza kraju wygląda poważnie. Brytyjczycy dokonali już strzału w kolano za sprawą Brexit, pandemia tylko to pogłębiła. Jak widzimy w apelu, również Książę zabrał głos w sprawie, odwołując się nawet do okoliczności II wojny światowej. Czy zmotywuje nieco uśpione kwarantanną społeczeństwo, osobiście – mam spore obawy, że nie.

Skądinąd, pomijając jedynie dwa państwa europejskie - Szwecję i Białoruś – kwestia uchowania się od dalszego wzrostu cen na żywność, jako wynik braku pracowników w to zaangażowanych oraz ilości takowej może stanowić nawet większy problem, niż epidemia.

Jak zatem wygląda sytuacja w Polsce?

Pandemia uderzyła w polską gospodarkę w sposób nierównomierny, w sytuacji, gdy branża usługowa, w tym hotelarstwo czy gastronomia, przeżywały zastój, budowlanka, logistyka, rolnictwo lub ogrodnictwo wchodziły w okres najbardziej intensywnych prac. Zamykanie granic, zwolnienia oraz sytuacja strachu spowodowały lawinę migracji pracowników napływowych do krajów pochodzenia. Według statystyk Straży Granicznej, w okresie od 15 marca do 15 maja b. r., Polskę opuściło ponad 235.000 Ukraińców, zaś w tymże okresie do kraju wjechało nieco więcej niż 86.000 osób.

Za tą liczbą stoją powroty do kraju ze względu na kończące się wizy czy zezwolenia na pracę, jak również niepewność rynku pracy oraz chęć połączenia z rodziną w tym trudnym okresie. Z kolei za różnicę w liczbach nie należy patrzeć jedynie jako na odpływ pracowników. Odpowiada za to szereg okoliczności obiektywnym, w tym, dla części ze wspomnianych osób Polska była jedynie krajem tranzytowym.

Niepoślednią rolę odgrywa również fakt zamknięcia placówek konsularnych na Ukrainie, a zatem niemożność uregulowania kwestii, z powodu których część z nich właściwie wyjechała. Również zaostrzenia sposobu przekraczania granicy, jak i zawieszenie wewnętrznego transportu publicznego między województwami sprawiły, że powrót do kraju nie należał do zadań łatwych.

Ze względu na rosnące zapotrzebowanie na pracowników, w pierwszej kolejności sezonowych, z Ukrainy i Białorusi, właśnie w tych państwach polskie placówki konsularne wznowiły pracę w pierwszej kolejności, odpowiednio 4 maja w Ukrainie oraz 11 – Białorusi. Krzysztof Inglot, prezes Personnel Service - jednej z firm pośredniczących w zatrudnianiu pracowników m. in. ze Wschodu – podkreśla, że właśnie kadra tych państw okazuje skuteczną pomoc polskiej gospodarce i wpisuje się w nią.

22 maja, podczas konferencji prasowej minister rolnictwa, Jan Krzysztof Ardanowski poinformował, że za testy, wykonywane pracownikom sezonowym przybywającym z zagranicy zapłaci budżet państwa ze składek KRUS. Warunkiem jest legalne zatrudnienie obcokrajowców. Pomoc państwa w tym zakresie należy rozpatrywać jako inwestycję w zapewnienie możliwości zebrania maksymalnej ilości plonów, a tym samym uniknięcia podwyżek cen na żywność, która mogłaby uderzyć po kieszeni konsumentów. Ponadto, jak podkreślił minister, obcokrajowcy zatrudnieni w rolnictwie i ogrodnictwie będą mogli wykonywać swoje obowiązki na gospodarstwie od pierwszego dnia obowiązującej 14-dniowej kwarantanny.

I tu napotykamy ciekawą okoliczność, o której nieco dalej. Przecież nie tylko rolnictwo stanęło w obliczu braku kadr. Sytuacja ta nie ominęła przemysłu czy logistyki. Owszem wiele osób dotychczas zatrudnionych w branży np. usługowej, próbuje swoich sił w zawodach, na które wciąż jest popyt. Wszak ze strony pracodawcy, co zrozumiałe, taka okoliczność nie rozwiązuje problemu, gdyż on doskonale wie, że w chwili, w której potencjalny pracownik będzie mógł powrócić do swoich dotychczasowych zajęć, on to zwyczajnie zrobi. Ze względu zaś na czas i koszty przeuczenia się, jemu się to zwyczajnie nie opłaca, gdyż potrzebuje specjalisty na dłużej. W związku z tym mamy obecnie dość ciekawą sytuację, swojego rodzaju ewenement.

Jak podaje agencja zatrudnienia Gremi Personal, blisko 100 polskich firm z w/w sektorów zgłosiło, chęć zatrudnienia osób z Ukrainy. Na skazane zapotrzebowanie odezwało się około 1000 osób, posiadających niezbędne uprawnienia i dokumenty. Ze względu na ograniczenia we względzie przekraczania granicy (jedynie pieszo bądź w aucie o maksymalnej ilości 4 pasażerów), pracodawcy zorganizowali odbiór osobisty potencjalnego personelu za sprawą busów, a nawet czarteru lotniczego, który opłacili pracodawcy. W ich gestii będzie leżało zapewnienie kwaterunku oraz przestrzegania zasad kwarantanny dla Ukraińców. Pierwszy z takich transferów miał miejsce 24 maja, przy liczbie 178 osób na pokładzie. Specjalnie wyznaczeni koordynatorzy będą odpowiedzialni za pomiar temperatury wspomnianych osób.

I tu ciekawostka. Dlaczego w przypadku rolnictwa i ogrodnictwa potencjalni pracownicy mają prawo wykonywania swoich obowiązków od pierwszego dnia, zaś w przypadku logistyki oraz przemysłu muszą obciążać kieszeń pracodawcy przez 2 tygodnie? Tak czy inaczej sytuacja powoli wraca do normy. Lecz powstaje pytanie...

Czy Polska nadal jest atrakcyjnym krajem dla Ukraińców?

Pozwolę sobie wątpić w tę krainę mlekiem i miodem płynącą, przynajmniej dla cudzoziemców. Niektóre źródła twierdzą, że chęć Ukraińców przyjazdu do Polski jest podyktowana wzrostem bezrobocia we własnym kraju. Lecz spójrzmy na to bez propagandy i demonizacji. Po kryzysie wywołanym wojną w Donbasie (2015 r.) poziom PKB zmniejszył się o 9,8 proc., przy czym już w 2019 wzrost obliczano na 3,6 proc. Narodowy Bank Ukrainy ujawnił dane które jednoznacznie wskazują, że jeśli na początku 2018 roku na 1 polską pensję przypadało 4 ukraińskie, to już pod koniec 2019 – mniej niż trzy. Ponadto na koniec III kwartału 2019 r. procent bezrobocia wynosił 7,3, rynek zaś cierpiał na brak profesjonalistów.

Owszem, to było przed pandemią i w okresie od 12 marca do 5 maja b. r. mówimy o niemal podwójnym wzroście, za którym stoi 166.000 nowych osób bez pracy. Bez wątpienia jest w tym gro osób z branż ciągle zamrożonych, lecz popatrzmy na zimno na te liczby. Nie zapominajmy, że prócz osób z Polski na czas kwarantanny do Ukrainy wrócili również zarobkiewicze z Włoch, Hiszpanii, Portugalii itp.

Nie należy również zapominać, że od marca b. r. ukraińscy pracownicy mają kolejną wyspę ocalenia w postaci Niemiec. Owszem będą oni musieli zmierzyć się z ograniczeniami we względzie branż zawodowych, jak również wykazać się znajomością języka, mimo to bynajmniej nie jest to powód do zaniechania prób. Jak ostrzega wyżej cytowany Krzysztof Inglot, jeśli Niemcy rozszerzą możliwość zatrudniania pracowników ze Wschodu również o sektor budowlany bądź przemysł, należy spodziewać się odpływu pracowników w ilości nawet 200.000 osób, którzy wybiorą Niemcy, zamiast Polski...

Nieco statystyki dla niewtajemniczonych

– Według danych NBP w latach 2014-2018 obywatele tylko Ukrainy odpowiadali na 11,3 proc. PKB Polski.
– Według danych ZUS stanem na koniec grudnia 2019 składki zdrowotne i społeczne opłacało 479.000 obywateli Ukrainy.
– O ile w roku 2014, 46 proc. Ukraińców pracowało w rolnictwie, to już w 2018 jedynie 8. Miejsce tego sektora zajęły odpowiednio: przemysł – 39, usługi 33 oraz budownictwo - 21 proc.

Zachodzę w głowę, kto z naszych polityków czy osób publicznych miałby na tyle poszanowania wśród społeczeństwa, by wezwać naród do pomocy. Zaś ktokolwiek to jest, niech zmotywuje cztery litery panów od 500+ zainwestować swój potencjał w rozwój, może mniej genetycznie odczuwalny, lecz wymierny gospodarczo już teraz.

Autor: Lila Ejsmondt